Trener Feliks Kordyś z Rzeszowa poprowadził naszych paraolimpijczyków do medali w Tokio [ZDJĘCIA]

Arkadiusz Rogowski
Arkadiusz Rogowski
Trener Feliks Kordyś na co dzień jest nauczycielem WF-u w Szkole Podstawowej nr 3 w Rzeszowie
Trener Feliks Kordyś na co dzień jest nauczycielem WF-u w Szkole Podstawowej nr 3 w Rzeszowie Fot. Archiwum F.Kordysia; Bartłomiej Zborowski/Polski Komitet Paraolimpijski; Adrian Stykowski Fotografia / Polski Komitet Paraolimpijski
Na co dzień jest nauczycielem WF-u w Szkole Podstawowej nr 3 w Rzeszowie (przy ul. Hoffmanowej 11). Ale od wielu lat prowadzi też treningi tenisa stołowego ze sportowcami niepełnosprawnymi. Na Igrzyskach Paraolimpijskich w Tokio jego podopieczni Rafał Czuper i Tomasz Jakimczuk zdobyli dwa medale (srebrny indywidualnie i brązowy drużynowo).

Jest pan absolwentem Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu, ale wcześniej ukończył pan także ekonomię w filii UMCS w Rzeszowie. Zdecydowanie postawił pan jednak w życiu na sport…

Od samego początku nie widziałem siebie jako księgowego i nie miałem ciągotek do ekonomii, bo nie lubię monotonii. A pracując czy w szkole z dziećmi czy jako trener z zawodnikami zawsze się coś dzieje i jest to praca, która daje mi zadowolenie i satysfakcję.

Sam grał pan w Ekstraklasie tenisa stołowego m.in. w KKS Karpaty Krosno, Izolatorze Boguchwała oraz w I lidze w barwach AZS Rzeszów, ale kontuzja wyeliminowała pana z profesjonalnego uprawiania sportu. A kiedy i w jaki sposób został pan jednym z trenerów naszej kadry tenisistów stołowych paraolimpijczyków?

Po zakończeniu kariery zacząłem uczyć wychowania fizycznego w szkole. Tam właśnie zacząłem trenować z zawodnikiem z Tuchowa Maćkiem Nalepką, który porusza się na wózku inwalidzkim. Trenowaliśmy regularnie i zdobył nawet wicemistrzostwo Świata w 2014 roku w drużynie z Krzysztofem Żyłką, a w wielu turniejach europejskich wygrywał lub stawał na podium. Później dołączył do nas właśnie Krzysiek Żyłka. Zostałem też trenerem Integracyjnego Klubu Sportowego w Tarnobrzegu, gdzie działa sekcja zawodników na wózku i stojących, którzy mają problemy zdrowotne i są w odpowiedniej klasie zależnej od stopnia niepełnosprawności. Tak się to zaczęło, a trzy lata temu zostałem powołany na zgrupowanie w Cetniewie, gdzie trenowaliśmy z Serbami i Francuzami. Kolejne powołanie dostałem na zgrupowanie w Drzonkowie, czyli na przygotowania do Mistrzostw Świata w słoweńskim Lasko. Wtedy jeszcze nie byliśmy przypisani do grup, ale już po Mistrzostwach Świata zostałem przydzielony do grupy chłopaków jeżdżących na wózku – to klasy od 1 do 5. Chyba właśnie z nimi się najlepiej czułem i tak zostało do tej pory. Jestem z nimi już drugi rok i ta współpraca dobrze się układa.

Proszę wytłumaczyć, na czym polega podział niepełnosprawnych tenisistów stołowych na klasy od 1 do 11?

Konkretna klasa zależy od stopnia inwalidztwa. Jedynka to takie porażenie kończyn górnych i dolnych, że samodzielnie nie utrzymują np. rakietki i trzeba ją przywiązywać taśmami czy rzepami do dłoni. Ci zawodnicy mają też czasami osoby towarzyszące, bo nie zawsze mogą się same przemieszczać. Dwójka jest już sprawniejsza – mogą się sami poruszać na wózku. Niektórzy z nich przywiązują rakietkę do dłoni, co zależy od stopnia porażenia. Trójka to osoby grające ręką, ale mające na przykład uszkodzony kręgosłup. Same też jeżdżą na wózku, a Jedynki i Dwójki często blokują wózki. Czwórka jest już sprawniejsza, ale często mają uszkodzony kręgosłup, co ogranicza ich sprawność ruchową. W tej klasie mamy Rafała Lisa, który nie ma nóg, oraz Krzyśka Żyłkę, którego nogi są bezwładne. Piąta klasa to osoby najsprawniejsze na wózkach, czasami chodzące o kulach. Oni są najsprawniejsi i potrafią już poruszać się przy stole do trudnych krótkich piłek do forhendu i bekhendu. Klasy od 6 do 10 to zawodnicy stojący samodzielnie o kulach lub protezach oraz z brakami kończyn górnych. Z kolei ostatnia jedenasta grupa zawodników to upośledzenie umysłowe.

Opiekuje się pan zatem zawodnikami z największym stopniem niepełnosprawności. Gdy się patrzy na zmagania tych osób, to określenie „przełamywanie barier” nie jest już żadną metaforą, tylko rzeczywistością.

Tak, oni są samodzielni, radzą sobie. Jest uśmiech, jest walka, jest rywalizacja. Ktoś powie, że to jakiś inwalida na wózku, ale ja ich podziwiam, bo oni grają z zawodnikami II ligi i toczą z nimi równe pojedynki, a nawet wygrywają.
Czyli umiejętności paraolimpijczyków są porównywalne do zawodników występujących w ligach zawodowych.
Tak. Przecież Patryk Chojnowski, który został tutaj w Tokio Mistrzem Olimpijskim, zdobył dwa lata temu Mistrzostwo Polski zawodników pełnosprawnych. Kolejny przykład – Natalia Partyka. Tutaj występuje w klasie 10, a trzy tygodnie wcześniej rywalizowała na Olimpiadzie z pełnosprawnymi. To samo dotyczy zawodników z Francji, Rosji, Ukrainy, Anglii czy z Austrii.

Jak wyglądają treningi pana podopiecznych? Czym różni się praca trenera ze sportowcami niepełnosprawnymi od tej z zawodnikami w pełni sprawnymi?

Pod względem technicznym niczym – gramy wszystkie elementy techniczne, choć oczywiście odpadają ćwiczenia na pracę nóg. Ale podstawowe zagrania, takie jak przebicie, półwolej, top spin, serwis czy lob, są takie same. Przy czym dochodzi inna taktyka, bo serwis nie może wychodzić z boku stołu i piłka nie może mieć rotacji wstecznej, żeby z powrotem wróciła do siatki lub na stronę serwującego (druga piłka może być już wychodząca). W tenisie stołowym stojącym liczy się siła gry, agresywność i przejęcie inicjatywy, a tutaj zagraniem punktującym jest czasami piłka dokładna, techniczna czy lob. A poza tym w treningu podstawowych elementów nie ma żadnej różnicy.

Proszę opowiedzieć o przygotowaniach kadry tenisistów do Paraolimpiady w Tokio? Te zawody są przecież dla pana podopiecznych tym samym, czym Igrzyska Olimpijskie dla pełnosprawnych sportowców.

Koronawirus pomieszał nam mocno szyki, ponieważ odwołano kilka turniejów, na których mogliśmy się sprawdzić z zawodnikami z najwyższej półki – w Jordanii, w Czechach czy we Włoszech. Tego nam brakowało. Nie mogli przyjeżdżać sparingpartnerzy, ponieważ obowiązywał ich dwutygodniowy okres kwarantanny. Musieliśmy trenować tylko ze swoimi zawodnikami, ale były zgrupowania w Wiśle, Krakowie czy Drzonkowie. Był też problem z treningami klubowymi, bo nie było wstępu na salę, także w Rzeszowie, przez co parę miesięcy na szlifowanie formy nam uciekło, a to na pewno odbiło się w grze na punkty.

Trener Feliks Kordyś na co dzień jest nauczycielem WF-u w Szkole Podstawowej nr 3 w Rzeszowie

Trener Feliks Kordyś z Rzeszowa poprowadził naszych paraolim...

Jak wygląda zwykły dzień paraolimpijczyków w Tokio? Bo poza treningami i meczami zostaje trochę czasu…
Tego czasu wolnego nie ma aż tak dużo. Jak już zaczynamy rano trening przy stołach, to jesteśmy na sali od świtu do nocy. W pierwszym tygodniu mieliśmy aklimatyzację - spokojnie sobie wstawaliśmy, a do godz. 8:30, a więc przed śniadaniem, musieliśmy oddać próbki śliny. Jechaliśmy na salę ponad godzinę, trenowaliśmy 2 godziny, a później półtorej godziny musieliśmy czekać na powrotnego busa, co sprawiało, że wracaliśmy do hotelu w granicach godz. 16 czy 17. Później kolacja, jakiś spacer i odpoczynek, żeby być w gotowości do następnego treningu na drugi dzień. I tak to mniej więcej funkcjonuje.

Reprezentacja tenisistów stołowych była w Tokio w świetnej formie - zdobyła 7 krążków. Spodziewaliście się tylu medali?

Jest trochę tych medali, choć jest też tutaj dużo niespodzianek, bo doszło kilku zawodników z najwyższej półki, którzy byli zawodnikami Chin, a teraz reprezentują Australię. Ale pomimo tego w grupie 10-tej złoty medal zdobył Patryk Chojnowski, Natalia Partyka ma brązowy medal w klasie 10-tej (a przegrała właśnie z jedną z Australijek), w klasie 9-tej wychowanka z Tarnobrzega Karolina Pęk także zdobyła brązowy medal, podobnie jak Maks Chudzicki w klasie 7-mej, a Rafał Czuper w klasie 2-giej na wózkach ma srebro. W ostatnią środę Tomek Jakimczuk i Rafał Czuper dołożyli kolejny drużynowy brązowy medal, a w piątek 3 września Natalia Partyka i Karolina Pęk będą walczyły z Australijkami o złoty medal. Nie możemy zatem narzekać, choć jest duży niedosyt, bo Krzysztof Żyłka z Tarnobrzega i Rafał Lis wygrali debla w drużynie z Koreańczykami, ale niestety przegrali dwa single i medal uciekł. Krzysztof Żyłka przegrał też mecz o medal z Francuzem. Mógł prowadzić 2:0, ale zrobiło się 1:1, a potem nie wytrzymał nerwowo. To mój podopieczny, z którym cały czas ostatnio trenujemy, więc mam niedosyt. Byłaby to miła niespodzianka.

Co decyduje w tych kluczowych momentach meczów? To bardziej kwestia umiejętności technicznych czy opanowania nerwów?

Na pewno jest duży stres, bo Olimpiada rządzi się swoimi prawami. Tenis stołowy jest jedną z najbardziej stresogennych dyscyplin. System rozgrywek jest nieubłagany – przegra się partię i koniec – do domu. Poza tym wchodzą też czasami kwestie zabezpieczenia materialnego na przyszłość, które gwarantuje zdobycie medalu. Ale tenis stołowy jest taką dyscypliną, że niby jest się na straconej pozycji, a tu nagle jest przypadkowa piłka, tzw. świnka i wychodzi się z opresji. My też tego doświadczyliśmy.

Czy pan i pana podopieczni czują doping setek tysięcy, a może i milionów Polaków, którzy oglądają te igrzyska w telewizji, m.in. w TVP Sport?

Tak. Byłem tym nawet bardzo miło zaskoczony. Dzieci w szkole wiedziały, że wyjechałem, bo wziąłem urlop, a tu nagle dostaję 30 telefonów i słyszę „widzieliśmy cię w telewizji”, „gratulacje”. Widzę, że zainteresowanie jest bardzo duże, także na facebooku. Byłem w szoku! To pomaga, bo robi się fajna atmosfera. Są transmisje, wywiady, jest kontakt, co jest bardzo pozytywne. Wielu z tych ludzi wróci do normalnej, codziennej pracy, a ten sport jest odskocznią, która trzyma ich przy życiu.

No właśnie, jak wygląda codzienność tych osób? Bo przecież sport to tylko fragment ich życia.

Większość osób pracuje normalnie – w urzędach czy przy komputerze - i nie ma z tym żadnego problemu. Ci, którzy zdobyli medale olimpijskie, mają stypendia, które wystarczają im do funkcjonowania. Bo przecież w którymś momencie skończy się kariera i trzeba sobie zapewnić godne życie. Medal olimpijski to gwarantuje, dlatego też jest taka motywacja i mobilizacja do pracy.

Bywa tak, że ci ludzie znajdują się w trudnej sytuacji bytowej?

U nas w tenisie stołowym nie, ale w innych dyscyplinach wiem, że są takie przypadki.

A za co pan najbardziej podziwia paraolimpijczyków?

Za to, że stawiają sobie naprawdę wysokie cele w życiu. Spodobała mi się Róża Kozakowska, która rzuca maczugą. Jeśli ktoś czytał jej historię, to wie, że jest to wzór do naśladowania. Mimo choroby (genetyczna wada krwi – red.), mimo nieszczęścia rodzinnego, jest uśmiechnięta, zadowolona z życia. Gdy była sprawna, skakała w dal, i też miała ambitne cele, a teraz mimo inwalidztwa nadal walczy o medale. I to ją cieszy. Myślę, że w szkołach powinno się organizować spotkania młodzieży z takimi osobami, żeby uświadamiać, że mimo kalectwa, przeciwności losu, oni się nie poddają i mają ten uśmiech na twarzy.

Na koniec zapytam, gdzie i kiedy będzie można powitać waszą kadrę na lotnisku?

Wiem, że wylatujemy stąd w niedzielę 5 września i lądujemy w Warszawie. Lepiej jakby to było gdzieś na boisku w Rzeszowie, bo w poniedziałek idę już do pracy w szkole (śmiech).

Dziękuję za rozmowę i gratuluję sukcesów!
Rozmawiał Arkadiusz Rogowski

Jan Błachowicz, konferencja mistrza UFC

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie